Emma, z...
Emma, z rozwianymi połami przepastnego fartucha, w którym uwijała się przy handlu jabłkami trzeciego gatunku, przybiegła z wiadomością:
— Nachalnie grzeją, szukinkoty! Nie szmiałabym się, jakby żanioszło się na wojnę!
Helusia oparła gorący garnek na wystającym po raz trzeci brzuchu, osłoniętym grubym ręcznikiem. Gotowała przeciery na zimę.
— Co Emma wygaduje? Na jaką wojnę?! — klepnęła po rączkach trzyletniego, czarnowłosego Henryczka i dwuletnią Grażynkę z buzią wydętą i okoloną zbożowymi kędziorami, ufaj danych pomidorowym przecierem. Zabezpieczyła kozę fajerkami, postawiła garnek i ciągnąc za sobą rozgrymaszone dzieci wyszła na podwórze. Głuchy, nie zidentyfikowany pomruk szarpał powietrze. Jakiś niewyraźny pogłos, podobny do wielkanocnych pohukiwań, to przybierał na sile, to głuchł, rozpływając się w pojedynczych terkotach maszynowych. Na niebie wyrastała w oczach łąka białych kwiatuszków.